Hiszpania przejeżdża się po Chorwacji w Lidze Narodów.
We wtorek wieczorem Hiszpanie u siebie zmierzyli się z Chorwatami w ramach Ligi Narodów. Chorwaci wcale nie odsłonili się przed rywalami, ale ostatecznie i tak przegrali 4:1.
Mecz niemal zaczął się bramką, kiedy w drugiej minucie świetna akcja dwójkowa Marca Cucurelli i Alexa Baeny skończyła się podaniem wzdłuż pola karnego tego drugiego. Fermin Lopez wiedział, że ma za plecami Lamina Yamala, przepuścił więc do niego piłkę, a ten z pierwszej piłki z nienaganną techniką wykończył strzał po długim słupku.
Hiszpania po raz kolejny zaplanowała zabawę z piłką i kontrolę w środku pola i po raz kolejny, realizowała swój plan. Pierwsze pół godziny meczu było pod ich dyktando i nie byłoby zaskakujące, gdyby do 20 minuty prowadzili 4:0. Nie postanowili jednak wykładać kolejnych goli, a jedynie budować przewagę posiadaniem. Absolutny spokój w bramce i w obronie, kreatywność i organizacja w pomocy i oczywiście świetne skrzydła w postaci Baeny i Yamala ustawiły większą część pierwszej połowy. Chorwaci sprawiali wrażenie zupełnie niezaskoczonych, przygotowali się na grę pod młotem i mimo wielu groźnych sytuacji rywala, nie można im było nic zarzucić w obronie.
Aż nadeszła 29 minuta, kiedy to po pierwszym groźniejszym ataku Chorwacji, Ivan Perisić posłał znakomitą wrzutkę w pole karne. Na taką sytuację tylko czekał Dion Beljo, który wykorzystał swoje warunki fizyczne i bezproblemowo wyrównał wynik spotkania. Jest to dowodem na to, że to co zaplanował Slaven Bilić zaczęło się sprawdzać, a po wyrównaniu staje się groźniejsza.
Jednak niemal natychmiast Lamine Yamal z Marciem Pubillem wybili gościom z głowy jakąkolwiek sensację. Skrzydłowy Barcelony po otrzymaniu odegrania od Fermina, z którym rozegrał przed momentem rożnego po ziemi, wrzucił piłkę w pole karne. Tam w trudnej sytuacji odnalazł się Marc Pubill i w 31 minucie strzałem z głowy odzyskał dla Hiszpanii prowadzenie.
W pierwszej połowie Hiszpanie nie mieli żadnego problemu z realizowaniem swojego planu, mieli w tym czasie 63% posiadania piłki i oddali 10 strzałów. Bardzo wysoko wychodzili obroną, łatwo wychodzili spod pressingu rywali. Generowali niebezpieczeństwo samą swoją obecnością, zostawiając wiadomość: Przyśnijcie na moment, a skończycie marnie. Trudno jest wyróżnić zawodników, którzy się wyróżniali, ponieważ każdy dojechał spełniając swoją rolę bez zarzutów.
Chorwaci świadomie oddali Hiszpanii inicjatywę, szukając przede wszystkim kontrataków. Rozkręcili się dopiero po bramce na remis i wyraźniej zarysował się pomysł na grę z przodu, czyli wrzutki. Próbowali oczywiście grać środkiem i po ziemi, ale bardzo trudno było im posłać coś sensownego, a będąc już w tercji przeciwnika, musieli się zmierzyć z praktycznie niezmęczonym duetem Cubarsi-Huijsen. Dośrodkowania zaś generowały największe niebezpieczeństwo i można było odnieść wrażenie, że groźny strzał też mógłby paść po płaskim podaniu w pole karne, takiego pomysłu jednak nie realizowali.
Druga połowa zaczęła się dość nudno, Hiszpania uspokoiła grę, ale pojawiły się pierwsze zaczepki i brzydka gra. Baena, który cały mecz pracował na żółtą kartkę, w 49 minucie wreszcie ją zarobił. Serdar Gozubuyuk żółtkiem potraktował też Marco Pasalicia, za odwet na Cucurelli. Długo jednak czekaliśmy na konkrety pod bramkami reprezentacji.
Te jednak przyszły w 63 minucie. Pedri, który niedawno wszedł, dostrzegł niezłą okazję na podanie do Yamala na zejście ze skrzydła. Piłkę po drodze jeszcze przepuścił Marc Pubill i Yamal strzelając z małego kąta, ale i małej odległości, po krótkim słupku zmieścił piłkę w bramce.
Po trzecim golu Chorwacja wyraźnie traci pewność siebie. Można u nich wyróżnić tylko okazję z 77 minuty, kiedy to po zduszonej kontrze mimo przegapionego momentu na lepszy strzał, Ivanović oddaje groźny strzał po ziemi. Hiszpanie zaś zaczynają wyglądać tak, jakby wynik był już tylko kwestią czasu. Nie okazują żadnych skrupułów w obronie i w ataku.
Pod koniec meczu, w 89 minucie Hiszpania wbija gwóźdź do chorwackiej trumny. Rodri ze środka napędza akcję podaniem do Pedriego, a dalej po sznurku Pedri-Merino-Williams ten ostatni schodzi na prawą nogę i podnosi piłkę przy strzale po długim słupku. Nic więcej się nie wydarzyło i Hiszpania wygrała mecz 4:1.
La Furia Roja kontrolowała grę w obronie, środku i w ataku, ale przede wszystkim w głowie, nie panikując po wyrównaniu gości. Najbardziej imponujące było to, jak naturalnie Hiszpanie współpracowali. Wyglądali bardziej jak drużyna grająca ze sobą od kilku lat niż reprezentacja spotykająca się tylko na zgrupowaniach, do czego jednak zdążyła nas przyzwyczaić. Dobre zmiany dali Merino i Pedri, ten pierwszy dużo pracował i pokazywał wolę walki, a drugi dał więcej możliwości w ataku. Najmniej pewny był Fermin Lopez, pokazał dużo chęci i umiejętności w ataku, ale brakowało mu dobrego przyjęcia i orientacji, nienajlepiej też wykańczał strzały. Niewidoczny też Oyarzabal, który tym razem nawet w swojej roli drugiego, cofniętego napastnika nie wniósł wiele do gry.
Chorwaci od początku zaakceptowali, że będą mieli mniej piłki i mniej sytuacji. Ich plan był czytelny: przetrwać początkowy napór, nie otworzyć się przedwcześnie, wykorzystać kontry i dośrodkowania, spróbować ukłuć Hiszpanię przy pierwszej dogodnej okazji. Gol Beljo pokazał, że przy odpowiedniej wrzutce Hiszpania również może mieć problemy. Po 1:2 Chorwacja jeszcze próbowała reagować, ale od 1:3 właściwie walczyła już głównie o ograniczenie rozmiarów porażki. Najbardziej u gości był Ivan Perisić, 37 lat, a nadal potrafi dostarczać piłki na poziomie reprezentacyjnym. Świetna asysta przy golu Beljo i ciągła aktywność. Strzelec gola też zagrał dobry, jak na okoliczności, mecz. Nie tylko szukał strzału, próbował również pomagać w rozegraniu i uczestniczyć w budowaniu akcji. Gvardiol, pomimo konieczności mierzenia się z Yamalem był bardzo pewnym punktem defensywy.
To był jeden z tych meczów, w których trudno wskazać jednego bohatera, ponieważ niemal każdy Hiszpan dobrze wykonał swoje zadanie. Po raz kolejny połknęli reprezentację, która na papierze nie jest wcale takim przyjemnym rywalem. Ekipa Louisa de la Fuente narzuca nowe maksimum dla idei meczów reprezentacyjnych, pokazując zgranie, kreatywność i pewność siebie które są ciężkie do wypracowania nawet w piłce klubowej, gdzie spędza się dziesiątki, a nawet setki godzin treningów, aby dojść do takiego poziomu.
Źródło zdjęcia: Chema Rey
